Jak na przestrzeni lat zmienia się gust polskiego biznesu?

Gust polskiego biznesu zmienia się w zależności od tego, z którym biznesmenem mamy do czynienia. Ludzie są różni i gusta są różne. Czasem w tej samej firmie, wśród wspólników ścierają się różne upodobania i rozmaite podejścia do tego, co ładne, a co brzydkie, co ciekawe, a co nudne. Mam szczęście, że coraz częściej trafiam na biznesmenów, którzy nie tylko kochają kino, ale także chcą i potrafią o nim rozmawiać. Przez jakiś czas prowadziłem klub filmowy w jednym z klubów dla biznesmenów, posiadającym niewielkie, ale luksusowe kino. Po seansach zapraszałem widzów do dyskusji. Początkowo obawiałem się, że na sali zostanie zaledwie kilka osób, a reszta wymknie się tłumacząc pośpiech brakiem czasu. Nic z tych rzeczy! Biznesmeni zostawali do końca i długo, drobiazgowo analizowali obejrzane filmy. A były wśród nich zarówno nowości, jak i “perły z lamusa”! Byłem zachwycony poziomem tych rozmów i ich szczerością. Zrozumiałem też, że jeśli ktoś jest podnosi sukces w biznesie, to z reguły bywa ciekawą osobowością i może to mieć także wpływ na jego stosunek do kultury. 

Dlaczego, Pana zdaniem w Polsce wciąż niewiele firm w porównaniu chociażby z Europą Zachodnią, angażuje się w sponsorowanie kultury? Nie mamy takiej tradycji? 

Nie mamy takiej powojennej tradycji. W latach komunizmu nie tylko z zapałem tępiono polski biznes, nazywany wówczas “prywatną inicjatywą”, nie tylko niszczono go domiarami podatkowymi, a właścicieli dobrze prosperujących firm pod różnymi pretekstami zamykano w więzieniu (doświadczył tego w 1949 roku mój ojciec, ostatni właściciel znanej warszawskiej wytwórni obuwia męskiego i dziecięcego “Raczek i Syn”), ale także przekonywano, że mecenasem kultury powinno być państwo, a nie poszczególni obywatele. Straciliśmy pół wieku! Odbudowywanie godności i jakości prywatnego biznesu nie mogło się powieść w ciągu kilku lat - musi niestety zająć kilka dekad. Ale to się dokonuje. Dzisiaj polski biznes coraz częściej przejmuje na siebie rolę mecenasa kultury. Zaczyna od form bezpiecznych - muzeów, galerii sztuki, czasem filmu i teatru. Będzie tego coraz więcej. Spotykam przedstawicieli polskiego biznesu i widzę, że nie tylko świadomość roli kultury w ich życiu osobistym, ale także jej znaczenia dla jakości i wiarygodności działań biznesowych rośnie błyskawicznie. 

A może z poziomem naszej kultury jest coraz słabiej? Jeszcze 10 lat temu w telewizji można było znaleźć sporo ciekawych programów, a nawet dobrych polskich seriali, tymczasem dzisiaj mam wrażenie, że to, co oglądam jest tylko tłem dla lokowania różnych produktów.

Telewizja to oddzielne zagadnienie. Myślę, że znaleźliśmy się w czasie przedefiniowywania zarówno roli tzw. telewizji publicznej, którą nowy rząd chce podobno gruntownie przeorganizować, jak i prywatnych mediów komercyjnych, które będą się musiały odnieść do nowej formuły telewizji publicznej, czy też - jak się teraz ma o niej mówić - narodowej. Kultura jest w mediach traktowana, jako treść trzeciorzędna, po polityce i rozrywce, ale jednak konieczna. Jak zawsze - jestem optymistą. Sądzę, że przy tworzeniu nowych definicji, formatów, celów działania zarówno publicznych, jak prywatnych kanałów telewizyjnych tematyka kulturalna zostanie nie tylko uwzględniona, ale nawet wzmocni się jej udział w ramówkach.

Jak wygląda kwestia udziału prywatnych sponsorów w produkcji polskich filmów, a jak to jest w innych krajach? 

Prywatni sponsorzy od dawna inwestują w polskie kino. Praktycznie większość kina rozrywkowego (komedie romantyczne, sensacja) powstaje z pieniędzy prywatnych. Czasem są one wydawane rozumnie, z uwagą i z sukcesem, a czasem z zarozumiałą bezczelnością i wtedy sponsorów spotyka surowa kara i finansowa klęska, jak stało się to w przypadku filmu “Kac Wawa”. Na całym świecie kino to przede wszystkim prywatne pieniądze i setki, tysiące większych i mniejszych biznesowych sponsorów-mecenasów. Tyle, że tam w ten sposób finansowane są nie tylko produkcje rozrywkowe, ale także ambitne artystycznie przedsięwzięcia, jak na przykład “Tragedia Makbeta” Romana Polańskiego, zrealizowana za pieniądze... “Playboya”. Jednak także w Polsce zdarzają się przypadki finasowania przez biznes filmów społecznie zaangażowanych, którym PISF odmówił wsparcia - przykładem może być choćby “Układ zamknięty” w reż. Ryszarda Bugajskiego.