Teatr, czy w ogóle własny biznes to pomysł wielu osób, ale tylko nielicznym udaje się go zrealizować. Jak to się stało, że założył Pan Teatr Kamienica?

Pomysł na teatr powstał dawno, myślę, że jeszcze 1988 roku. Po przemianach 1989 roku proponowano mi posadę dyrektora teatru, mogłem nawet wybierać w ofertach. Natomiast nie podobał mi się nigdy etatowy wymiar działania tej instytucji. Wtedy pomyślałem, że może istnieje pomysł zrobienia teatru, który będzie działał dokładnie tak jakbym tego chciał. Poza tym, zawsze, oprócz grania w spektaklach innych reżyserów, robiłem swoje projekty. Widziałem, że wkładam w nie o wiele więcej serca, poza tym, w teatrze zawsze gra się taką rolę, jaką się dostało, a ja chciałem sam decydować o tym, kogo zagram.

Co było najtrudniejsze na początku?

Znalezienie odpowiedniego miejsca. Obejrzałem naprawdę wiele pomieszczeń i nie czułem, że którekolwiek z nich jest tym „moim”. Kiedy zobaczyłem te stare magazyny przy Alei Solidarności 93, stanąłem na podwórku powiedziałem sobie: „jesteś”. Oczywiście ich stan był opłakany, piwnice były zalane i poza mną, niewiele osób wierzyło, że uda mi się zrobić w nich teatr.

Jak udało się Panu pozyskać środki na remont?

To był 2002 rok, w 2004 roku wstępowaliśmy do Unii Europejskiej i pomyślałem sobie, że skoro dla rolników będą dotacje na nowe traktory, to czemu ja miałabym nie dostać dotacji na teatr? Chodziłem dużo po urzędach, dowiadywałem się. W końcu zebrałem wokół siebie ludzi i powiedziałem im: „nie mam na razie pieniędzy, ale napiszmy ten wniosek”. Napisaliśmy i dostaliśmy 5 mln zł.

Ale to nie wystarczyło na remont i wyposażenie przestrzeni w scenę, widownie, kulisy itd.?

Nie, dostałem dotacje od Ministerstwa Kultury, sprzedałem mieszkanie, które miałem jeszcze z czasów kawalerskich. Wokół mnie byli też ludzie, którzy wierzyli, że mi się uda. Inżynier Jacek Kotynia, który wygrał przetarg na prace budowlane przy teatrze wziął kredyt, aby móc je wykonać. Pomagało mi wiele osób i instytucji m.in. Rada Miasta poręczyła weksel, bez którego nie dostałbym dotacji z Unii Europejskiej. Żaden bank nie chciał mi udzielić kredytu, zrobił to dopiero mały bank spółdzielczy z Ciechanowa oraz PKO Bank Polski. W krytycznym momencie pomogli mi Irena Eris i Henryk Orfinger. Pamiętam, że któregoś razu będąc w urzędzie miasta, wtedy jeszcze prezydentem Warszawy był Lech Kaczyński, spotkałem tam panią Marię Kaczyńską. Miałem możliwość pokazania jej miejsca, w którym chcę zrobić teatr. Ona obejrzała te zalane powierzchnie, zniszczone ściany. A potem, kiedy teatr był gotowy zaprosiłem ją znów i ona powiedziała mi: „Panie Emilianie za pierwszym razem nie wierzyłam, że pan to zrobi, ale widziałam, że ma pan tyle zapału w oczach, że to wystarczy”.

Kiedy pojawili się sponsorzy?

Dopiero kiedy teatr był gotowy. Dzisiaj nasz miesięczny koszt działania to ok. 150 tys. zł, z czego 40 tys. zł to sam czynsz, bo pomimo, że odremontowałem wszystkie powierzchnie, nie są one moją własnością, jestem tylko najemcą. Kiedyś płaciłem połowę mniej. Niestety wykonaliśmy piękną makietę przedwojennej Warszawy, zbiegło się to z podwyżką czynszu za teatr. Ale to nie zła wola urzędników, tylko przepisy, które utrudniają życie przedsiębiorcom.

Niedawno o mały włos, nie stracił Pan swojego teatru. Na szczęście sąd przyznał Panu rację, czy to ostatecznie rozwiązuje Pana problemy?

Kilka lat temu moim teatrem zainteresował się pewien biznesmen. Najpierw w 2012 roku podstępem zdobył akty notarialne własności strychów w budynku i natychmiast zarejestrował tam 8 spółek. To dało mu, wraz z dwoma członkami wspólnoty mieszkaniowej, większość głosów w przypadku podejmowania jakikolwiek decyzji. Potem ten biznesmen na mocy podejrzanych uchwał dostał prawo do użytkowania piwnic, które teraz zajmuje Teatr Kamienica. W ten sposób zablokowałby nam działanie, myślę, że nasz sukces komercyjny jest na tyle duży, że była to próba przejęcia teatru, tak aby dalej prowadzić tam zupełnie inny biznes. Na szczęście, po mojej stronie są władze Warszawy, które złożyły doniesienie o popełnieniu przestępstwa. Kilka tygodni temu sąd przyznał rację miastu, ale wyrok nie jest prawomocny, więc myślę, że to jeszcze nie koniec moich problemów.