Jak ocenia Pan znaczenie sportu w wymiarze społecznym? Pan ma szczególne doświadczenia w tym zakresie, bo to dzięki zamiłowaniu do sportu został Pan biznesmenem.

Zgadza się, dlatego na to pytanie odpowiem w wymiarze osobistym. Pierwsze pieniądze zarobiłem po to, by kupić sobie lepsze narty. Byłem zawodnikiem w szkole, potem w AZS i chciałem móc dalej jeździć na nartach. Sprzęt był wtedy niewyobrażalnie drogi – para bardzo dobrych nart kosztowała 8-10 miesięcznych pensji, czyli właściwie rok pracy. Dodam, że zawodnik potrzebował przynajmniej 2-3 takich par… Taki zakup był niewykonalnym zadaniem dla rodziców. Chęć posiadania tych nart wywołała u mnie inicjatywę gospodarczą. Zacząłem handlować nartami dziewczyn z kadry Polski i zarabiałem w ten sposób na swój własny sprzęt, na wyjazdy, treningi czy zawody. Miałem 15-16 lat. Z tej pierwszej działalności wzięły się później moje inne prywatne przedsięwzięcia. Stąd więc płynie mój osobisty wniosek, że to sport ustawił moje życie zawodowe. Kiedy już się życiowo i zawodowo ustabilizowałem, czyli w 2. połowie lat 90. zeszłego stulecia, wróciłem do sportu nieco bardziej wyczynowego. Do tego czasu uprawiałem sport jedynie amatorsko. To przejście było procesem naturalnym. Czułem, że zaczynam potrzebować adrenaliny sportowej i czegoś, co by mnie oderwało od ciężkiej, codziennej pracy, a jednocześnie relaksowało. Główną moją działalnością była wtedy działalność deweloperska, a w tej dziedzinie biznesu skutki złych decyzji przychodziły dopiero po latach. Ja natomiast potrzebowałem czegoś, co by mnie motywowało i dawało wyniki błyskawicznie. Tym czymś jest właśnie sport. I tak, rok po roku, odbudowywałem balans między energią pożytkowaną na pracę, a energią przeznaczaną na sport. W ślad za tym przychodziły coraz lepsze wyniki. I to się wzajemnie nakręcało – im odnotowywałem lepsze wyniki tym ciężej chciałem trenować. Z Mistrzostw Polski przeszedłem do Mistrzostw Europy, a z nich do Pucharu Świata. Bez wątpliwości mogę więc powiedzieć, że sport ustawił mi życie. W punkcie wyjścia, gdy byłem nastolatkiem, wywołał bodziec, dzięki któremu wyszedłem ze schematu, w którym zamknięci byli moi rówieśnicy. Gdybym nie potrzebował wtedy pieniędzy na uprawianie sportu - bo np. finansowaliby mnie rodzicie, albo w ogóle nie uprawiałbym sportu - to nie zostałbym przedsiębiorcą. Chciałbym by moje dzieci też zostały biznesmenami. Trzeba im jednak dostarczyć motywację do wysiłku. A najlepszą motywację daje pasja, którą trzeba finansować samodzielnie - jeśli dziecko chce trenować sport czy zwiedzać świat to musi samo potrafić zdobyć na to pieniądze. Wtedy, gdy mu zależy, stara się dodatkowo i otwiera własny biznes – np. udziela korepetycji czy prowadzi biuro tłumaczeń. Tak rodzi się w nich przedsiębiorczość, która potem procentuje.

Jest pan współtwórcą Poland National Team, projektu grupującego polskich kierowców rajdowych. Jaki był cel powstania tej inicjatywy?

Poland National Team to projekt niezwykle innowacyjny, ale trzeba kilku lat i cierpliwości by się o tym przekonać. Niedługo jednak okaże się, że to najbardziej potrzebna inicjatywa w polskim sporcie motoryzacyjnym. Wiele osób ma przeświadczenie, że rajdy, w tym słynny Dakar, to sport indywidualny. Tak jednak nie jest. Indywidualne to mogą być np. biegi maratońskie czy triathlon, gdy każdy biegacz musi być skupiony tylko na sobie, na każdym włóknie swojego mięśnia. Rajdy natomiast nie są sportem indywidualnym. Na mnie, kierowcę rajdowego, pracują 24 osoby. A gdyby doliczyć też tych, którzy nie są bezpośrednio zaangażowani w moje ściganie to wyszłoby ok. 30. Tymczasem w mediach widać tylko mnie. Ta inicjatywa ma łączyć wszystkich polskich kierowców startujących w Dakarze, pokazać, że wspólnie pracujemy na sukces polskich rajdów. Założenie projektu jest takie, że każdy kierowca startujący w Dakarze punktuje dla całej reprezentacji. Na wszystkich olimpiadach, czy to zimowych czy letnich, prowadzona jest klasyfikacja medalowa. Wyobraźmy sobie, że Polacy wygrywają taką klasyfikację – nawet jeśli nie zwyciężają we wszystkich konkurencjach, to w ogólnym zestawieniu mają najwięcej medali. Byłaby euforia? Byłaby. A teraz wyobraźmy sobie, że Polska, jako kraj, wygrywa rajd Dakar. Nie jest bowiem wykluczone, że właśnie taki sukces odnieśliśmy 2 lata temu. W czołówce Dakar ukończyły wtedy cztery polskie samochody: Hołowczyc dojechał 5., Dąbrowski 7., Kaczmarski 9., a Małysz 13. W czołowej „15” mieliśmy więc czterech Polaków. A reszta z tej „15”? Jeden Południowoafrykańczyk, jeden Hiszpan, jeden Francuz, jeden Amerykanin, jeden Niemiec itd. Z każdego kraju po jednym. Gdyby więc zasymulować klasyfikację narodową, to być może wygraliśmy ją. Jeśli tak, to jak ogromny byłby to sukces sponsora polskich kierowców? Jak ogromny zwrot kapitału na tę reklamę by miał, gdyby mógł powiedzieć „wygraliśmy Dakar”? Realizacja takiego scenariusza byłaby to z ogromnym pożytkiem dla całego polskiego sportu moto.

Czy ta inicjatywa zbliża do siebie polskich „dakarowców” i poprawia relacje między nimi?

Gdy w kilka osób powoływaliśmy projekt Poland National Team to sytuacja marketingowa była fatalna. Nie było ani jednej licencji na telewizyjny przekaz Dakaru do Polski. Jako PNT kupiliśmy więc taką licencję i ulokowaliśmy prawa do przekazu w TVN. Ta stacja, jako pierwsza w Polsce, pokazała Dakar w głównych pasmach swoich programów, np. w „Faktach”. Oglądalność była znakomita - komercyjnie stacja osiągnęła sukces i była bardzo z tego zadowolona. Co niemniej istotne, ta sytuacja zbliżyła też polskich kierowców do siebie. To był jedyny Dakar, gdy zawodnicy nie mieli do siebie wzajemnych pretensji, że któryś z nich jest za mało bądź za dużo obecny w mediach. Zadbaliśmy bowiem o to, aby wszyscy zostali pokazani uczciwie, zgodnie z ich rolą i wynikami w rajdzie. Media pokazywały więc nie tylko tego co był pierwszy czy trzeci, ale też tego co dojechał jako 20., co i tak było sukcesem. Oczywiście, atencji mediów nie da się jednoznacznie wyważyć, bo wiadomo, że np. Małysz przyciąga więcej uwagi i ma większą rozpoznawalność, ale była to pierwsza i ostatnia edycja, gdy zawodnicy nie mieli pretensji o czas antenowy. Później niestety było już z tym różnie…

Oprócz działalności biznesowej i sportowej bardzo aktywnie angażuje się Pan także w działalność charytatywną. Jest Pan współautorem pionierskiego projektu dotyczącego funkcjonowania pewnego domu dziecka.

Tworząc eksperymentalny dom dziecka, chcemy pokazać, że możliwe jest odwrócenie społecznego postrzegania osób przebywających w domach dziecka. Dzieci z sierocińców od początku życia dźwigają na sobie stygmat, że są gorsze niż ich rówieśnicy z pełnych rodzin. I to gorsze w każdym aspekcie – mają gorsze ubrania, meble, komputery, zabawki itp. Z takim poczuciem te dzieci wchodzą później w dojrzałe życie. Doszliśmy do wniosku, że trzeba odwrócić sytuację. Od zera zaprojektowaliśmy i zbudowaliśmy dom dziecka, który wyposażyliśmy w najlepsze meble, najnowocześniejsze komputery, w basen, w klub fitness, w salę gimnastyczna, w pracownię muzyczną, pracownię stolarską, w stadninę koni itd. Daliśmy tym dzieciakom dużo więcej niż mają dzieci z pełnych rodzin. W naszym eksperymentalnym domu dziecka jest 14 wychowanków, a łączny koszt budowy tej instytucji wyniósł ok. 10 mln zł. Pieniądze pozbieraliśmy relatywnie łatwo –  sfinansowało ją kilkanaście zaprzyjaźnionych, mniejszych lub większych firm. Mój quad, którym wygrałem rajd Dakar będzie niedługo licytowany. Pieniądze z tej aukcji zostaną przekazane na budowę kolejnego eksperymentalnego domu dziecka Fundacji Siemacha. Jaki jest główny cel tego projektu? Jest obecnie ok. 200 osób, mieszkających w okolicy tego sierocińca, zapisanych na wizytę w nim. Dzięki temu możemy odwrócić codzienną percepcję społeczeństwa, że wychowanek domu dziecka jest gorszy. My to odwracamy na tyle, że teraz lokalne dzieciaki się do naszych podopiecznych po prostu garną. Przez kilka lat, dopóki nasi wychowankowie nie wejdą w dorosłe życie, będą się kojarzyć innym z czymś lepszym, z kolegami, z którymi warto się kumplować, z którymi warto się bawić, i których warto odwiedzać. Z miesiąca na miesiąc widzimy, że to założenie coraz bardziej się spełnia. Te dzieci nie maja już świadomości, że na starcie są inne, gorsze. To przedsięwzięcie, po 2-3 latach, będzie można już naukowo zmierzyć i zobaczyć o ile lepszy rezultat daje ten eksperymentalny dom dziecka niż powszechny system opieki nad sierotami. Wtedy będzie można przejść na tę eksperymentalną metodę w szerszym, ogólnopolskim zakresie. Finansowo z pewnością jest to osiągalne, z pewnością nie zrujnuje budżetu państwa. Dość powiedzieć, że aby zapewnić wszystkim polskim sierotom taki poziom dorastania trzeba wydać mniej niż pochłonął rządowy program budowy orlików… W ciągu kilkunastu lat jest więc możliwe wykonanie planu pokrycia tymi domami całej Polski. Podkreślam, że jest to projekt bardzo opłacalny społecznie.  Dostrzegamy, że te dzieciaki, które startują z nieco gorszej pozycji, z domów dziecka, stają się potem liderami w społeczeństwie. Dzieje się tak dlatego, że one oprócz naturalnego talentu mają dodatkowo jeszcze gigantyczna motywację do nauki, treningu czy pracy. Jeśli im pomożemy, jeśli damy im szanse, to one odniosą sukces. Te dzieci to dziś ogromny zmarnowany materiał ludzki. One są niesamowicie ambitne. Wiem to z autopsji, bo zarówno ja, jak i moi koledzy-biznesmeni je zatrudniamy i na co dzień z nimi pracujemy.

Motorem napędowym tego projektu jest Fundacja Siemacha, a fundamentem wychowania dzieci z domów dziecka jest „wychowanie rówieśnicze”. Proszę o przybliżenie tej metody wychowawczej.

Wychowanie w domu dziecka opieramy na tym, co w 1883 roku, a więc jeszcze w XIX wieku, wymyślił ksiądz Siemaszko czyli na wychowaniu rówieśniczym. Ksiądz Siemaszko wpadł na myśl, która do dziś pozostała aktualna, i która zakłada, że to wcale nie rodzice są największymi autorytetami dla dzieci kilku- i kilkunastu letnich. Że to nie od rodziców one chcą się uczyć, i nie oni ich najlepiej zmotywują do rozwoju. Takie myślenie to „lipa”! Największym autorytetem dla dziecka jest bowiem jego rówieśnik, kolega który umie coś lepiej czy wie więcej. Jeśli ten umie lepiej grać w piłkę to nasze dziecko też będzie do tego dążyć. Jeśli lepiej zna fizykę to nasze dziecko też będzie chciało być tak dobre z fizyki. To dzieciaki dają sobie wzajemnie najlepsze rekomendacje – jeśli kolega coś chwali, to zaraz kolejne dziecko będzie o to walczyć. Wychowanie rówieśnicze to było genialne odkrycie księdza Siemaszki. Siemacha to podwórko. Ale zorganizowane, czyli bezpieczne, kontrolowane i monitorowane. Tam nikomu nie stanie się krzywda, nie ma ryzyka wejścia w narkotyki czy przestępstwa. I mimo, że to projekt połączony z wiarą w Boga, to nie prowadzimy tam żadnej indoktrynacji - zachęcamy w prawdzie do udziału w mszach, ale jak, któryś z podopiecznych nie chce na nie uczęszczać to nie musi. Siemacha ma kościelną konotację, ale 90 proc. dzieci nie ma z kościołem nic wspólnego. To nie jest klasztor. Ma być jedynie kręgosłup moralny, o który bardzo dbamy.

W jaki sposób narodziła się u Pana taka potrzeba spełniania się w filantropii?

Powód był – patrząc z dzisiejszej perspektywy – oczywisty. Pod koniec lat 80. XX wieku, wydawało się, że każdy biznes, który się zaczynało musiał się udać. Mówiąc obrazowo, wystarczyło wsiąść do pociągu stojącego na stacji. I ja to zrobiłem, choć nie do wagonu I klasy. Tym bowiem była prywatyzacja, w której ja nie uczestniczyłem ze względu na swój wiek – miałem wtedy niewiele ponad 20 lat. Musiałem więc budować wszystko od zera, organicznie, ale ostatecznie do tego pociągu udało mi się wejść. Jak ten pociąg ruszył na dobre, w roku 1991 lub 1992, to kolejne osoby miały już jednak coraz większy problem by do niego wskoczyć. Wiadomo – łatwiej wsiąść gdy pociąg stoi na stacji, a nie gdy już się rozpędza. Część ludzi nie dała sobie z tym rady, łącznie z moimi znajomymi. Bardzo szybko, bo już w roku 1994, uświadomiłem sobie, że fajnie jest się swoim sukcesem podzielić. Właśnie z tymi, którym nie dane było do tego biznesowego pociągu wsiąść. Miałem taką elementarną świadomość, że jeśli ja dziś komuś pomogę, to ta osoba jutro pomoże następnemu. Chciałem być uczestnikiem pewnych projektów społecznych i mieć poczucie, że część zarobionych przeze mnie pieniędzy trafia w sposób transparentny, uczciwy i porządny na cele społeczne. W ten sposób zacząłem krok po kroku budować swoją świadomość filantropijną. Potem zgłaszały się do mnie po pomoc zarówno osoby indywidualne jak i osoby koordynujące duże projekty systemowe. W efekcie, z tych 25 lat działalności w tej sferze, jestem bardzo zadowolony.